kto kręci złotym?

Przecena złotego to zasługa globalnych spekulacji walutowych, którym nasi przedsiębiorcy i kredytobiorcy mogą tylko bezsilnie się przyglądać. Rząd i NBP mogą interweniować słownie albo rzucając na rynek waluty.

Komisja Europejska chwali polską gospodarkę, przedstawia dobre prognozy, a tu złoty się chwieje. Czemu jednego dnia wszyscy chcą naszą walutę sprzedawać, a następnego rzucają się do zakupów? Kto za tym stoi? – łamią sobie głowy łapiący się za portfele Polacy, którzy spłacają kredyty walutowe, i przedsiębiorcy eksporterzy, którzy nijak nie mogą stabilnie prowadzić swoich biznesów, skoro waluty jeżdżą jak windy w drapaczu chmur.

Wszyscy denerwują się, bo przecież minęły już ponad dwa lata od wybuchu kryzysu finansowego, a tu złoty z dnia na dzień potrafi potanieć nawet o 10 groszy wobec głównych walut. Do tego wcale nie odzyskał swoich sił sprzed jesieni 2008 r., bo kurs dalej jest niski. Krótko po świętach za franka płacono aż 3,20 zł, czyli ledwie kilka groszy poniżej szczytu walutowej paniki na początku 2009 r.

Ale to nie jest wina polskiej gospodarki. Dla inwestorów złoty jest powiązany z euro. I za ostatni silny spadek złotego odpowiada przecena euro do dolara wywołana obawami inwestorów przed rozprzestrzenieniem się kryzysu w eurolandzie. Dlatego pozbywają się oni euro, zastępując je dolarami, a jeszcze chętniej frankami, bo gospodarka szwajcarska wydaje się oazą spokoju na tle USA i eurolandu.

Powodem gigantycznej spekulacyjnej aktywności graczy na walutach jest ogromna nadpłynność na światowych rynkach finansowych, czyli nadmiar pieniądza, z którym nie bardzo wiadomo, co zrobić. Przyczyny są dwie: dodrukowanie na masową skalę gotówki przez banki centralne (np. amerykański Fed i Bank Anglii) oraz utrzymywanie rekordowo niskich stóp procentowych, np. bliskich zera w USA.

Gwałtowne wahania złotego to zmartwienie nie tylko dla osób zadłużonych na nieruchomościach i przedsiębiorców robiących interesy z zagranicą, ale również dla rządu. Część naszego długu jest w walutach i im słabszy złoty, tym wyższy dług, który może z tego powodu przekroczyć konstytucyjny próg 55 proc.

Co więc robić? Rząd i bank centralny mogą interweniować słownie na rynku. O tym, że taka interwencja słowna może być skuteczna, przekonaliśmy się pod koniec lutego 2004 r., kiedy inwestorzy jak ognia bali się, że plan wicepremiera Jerzego Hausnera dotyczący uzdrowienia finansów publicznych nie znajdzie politycznego poparcia. Euro umocniło się do rekordowego w historii poziomu 4,93 zł. – Nie ma fundamentalnych podstaw do osłabienia złotego – mówił wtedy prezes NBP Leszek Balcerowicz. Hausner nawet wskazywał, ile powinno być warte euro. – Złoty jest niedowartościowany. Euro powinno kosztować 4,40 zł – mówił wicepremier. Słowne interwencje przyniosły skutek, bo złoty zaczął się umacniać. Gdy przyjęcie planu Hausnera stało się realne, w ciągu miesiąca kurs zyskał ok. 20 gr. Wspomniane przez Hausnera 4,40 zł osiągnięto w połowie 2004 r.

Ostatnie interwencje słowne szefa NBP Marka Belki niewiele dały. Przekonywał, że złoty ma “istotny potencjał aprecjacyjny” i w 2011 r. ma szansę się umacniać, czemu sprzyjałaby ewentualna podwyżka stóp.

Bank centralny i rząd mogą też wtargnąć interwencyjnie na rynek. Jednak światowe doświadczenia uczą, że fizyczne interwencje w obronie krajowej waluty, czyli sprzedaż walut z rezerw, mogą bardzo słono kosztować. Jeśli spekulanci mają duże kapitały i nie odczepią się od waluty, to bank może łatwo “wystrzelać” się z rezerw, a kurs i tak spadnie. Przykładem jest Rosja. Wojna w Gruzji spowodowała odwrót inwestorów zagranicznych i gwałtowny spadek wartości rubla, co kompletnie rozchwiało rosyjski rynek finansowy. Centralny Bank Rosji rozpoczął długotrwałą interwencję. Od października 2008 do stycznia 2009 r. wojna ta kosztowała ok. 200 mld dol. i uszczupliła rezerwy walutowe Rosji o blisko jedną trzecią. Interwencje tylko chwilowo hamowały spadek kursu i ostatecznie nie zapobiegły ogromnej, bo ponad 50-proc. przecenie rubla. Przykład drugi: pod koniec lat 90. wybuchł kryzys gospodarczy w Brazylii. Bank centralny, mimo powszechnych opinii o przewartościowaniu reala, chętnie interweniował na rynku walutowym kosztem grubych miliardów dolarów. W kilka miesięcy rezerwy walutowe stopniały z 80 mld dol. do zaledwie 35 mld dol. Mimo to inwestorzy nadal uciekali z Brazylii i kurs reala leciał w dół. Skończyło się uwolnieniem sztywnego kursu i dewaluacją reala.

W ostatnich dniach dilerzy walutowi donosili o aktywności na rynku walutowym państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego, który według nich sprzedawał euro, aby zapobiec spadkowi wartości złotego w reakcji na obniżenie ratingu Węgier i spadek forinta. W efekcie złoty zaskakująco umocnił się do euro i dolara. To byłaby interwencja rządowa, bo BGK może wymieniać na rynku euro pochodzące z resortu finansów.

Porozmawialiśmy o kulisach wahań walut z dilerem walutowym z jednego z polskich banków. Zgodził się na rozmowę pod warunkiem zachowania jego anonimowości.

Tomasz Prusek: Ile w transakcjach na złotym jest realnego zapotrzebowania przedsiębiorców na walutę, ale ile czystej spekulacji?

– Na świecie nawet powyżej 90 proc. transakcji służy utrzymywaniu płynności rynku walutowego, czyli czystej spekulacji. Tak naprawdę nikt nie potrzebuje takich gigantycznych ilości walut, jakie codziennie przechodzą z rąk do rąk. Spekulantów nie interesuje, co będzie jutro, za tydzień, miesiąc, rok. Liczy się aktualna szybkość transakcji i pewność, że w każdej chwili można ją zakończyć. Do tego potrzebny jest płynny rynek.

Spekulacja nie jest złem samym w sobie, bo daje obrót i płynność na rynku walutowym, czyli łatwo kupić i łatwo sprzedać dużo walut bez dużych zmian kursu. Bo nie ma nic bardziej koszmarnego niż brak płynności, gdy po jednej stronie ktoś chce przeprowadzić transakcję, a po drugiej nie ma nikogo. To dopiero powoduje ostrą “jazdę” cen walut. Tak mieliśmy na przełomie 2008 i 2009 r., gdy z rynku wypłoszono spekulantów.

Kto u nas spekuluje na złotym?

– Kapitał zagraniczny zawsze myszkuje w poszukiwaniu źródeł zysku. To naturalne i nie można z tego czynić zarzutu. Nie chodzi mu o to, aby komuś zrobić krzywdę, ale aby zarobić jak najwięcej. Pamiętajmy, że banki i fundusze operujące na rynku walutowym działają najczęściej nie na swój rachunek, ale swoich klientów czekających na zyski. Dzięki postępowi technologicznemu działają niezwykle szybko: ktoś siedzący sobie w Hongkongu może klikać do woli na wielu platformach obrotu, aby kupować i sprzedawać złotego.

Na naszym rynku największy obrót robią banki londyńskie, ale i krajowe za bardzo im nie ustępują. Dlatego nasz rynek jest na tyle płynny, że złoty traktowany jest trochę jako waluta rezerwowa w naszym regionie. Banki nie mają ekspozycji tylko na jedną walutę w naszym regionie, ale na cały koszyk. Jeśli ktoś chce wejść na Węgry z dużym kapitałem, to wiadomo, że nie może tego zrobić za jednym zamachem, bo zdestabilizuje kurs forinta. Ale może za część kupić forinty, za część złotówki, i później je wymienić na forinty.

Czy to możliwe, aby jedna potężna instytucja finansowa rządziła kursem złotego?

– Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Po prostu płynność rynku jest zbyt duża i graczy jest tak wielu, że pojedynczo nie sposób trwale wpływać na cenę naszej waluty. Nikt takiego ryzyka nie podejmie. Nie powiem, jak bardzo płynny jest rynek, ale z doświadczenia wiem, że jak chcę zrobić transakcję na 50 mln euro, to nie mam z tym najmniejszego problemu, nie potrzebuję kilku dni i nawet nie muszę ruszać kursu o 1-2 gr.

Czy spekulanci mogliby podjąć próbę pogrążenia złotego 31 grudnia, aby kurs był taki, że po przeliczeniu naszego długu publicznego okazałoby się, że przekroczyliśmy 55-proc. próg PKB?

– Raczej nic takiego się nie wydarzy. Nie widzę takiego ryzyka ani nie słyszałem o takich zamiarach. Działania spekulacyjne są naprawdę demonizowane. Nikt nie patrzy, jak by tu celowo osłabić złotego. Poza tym słaby złoty nie dla wszystkich jest tragedią. A eksporterzy? Przecież oni są zadowoleni, bo więcej zarabiają.

Jak bronić złotego i czy byłyby to działania skuteczne?

– Nigdzie i nigdy interwencje rządu lub banku centralnego nie powodowały zmiany trendu na walucie. Mają tylko chwilowy efekt psychologiczny. Proszę zobaczyć, co zrobili Szwajcarzy. Interweniowali wielokrotnie, aby osłabić franka, wiele ich to kosztowało, a frank i tak jest coraz mocniejszy do euro.

Advertisements

About abwehra group

The Art&Science of Trading Gold
This entry was posted in Uncategorized. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s